Dla Sama Harrisona łowienie magnesem było jedynie pasjonującym hobby. Wyposażony w silny magnes, przeszukiwał mętny, przemysłowy kanał, licząc na znalezienie czegoś niezwykłego pośród starych łańcuchów, kawałków metalu i innych odpadów. Pewnego dnia jego magnes przyciągnął przedmiot, który okazał się znacznie cięższy niż dotychczasowe znaleziska.
Z wielkim trudem Sam wyciągnął na brzeg niewielki metalowy pojemnik. Był on pokryty grubą warstwą rdzy i przypominał stary sejf lub solidną stalową skrzynię. Mężczyzna od razu zaczął się zastanawiać, czy w środku nie kryje się coś wartościowego. Po zrobieniu zdjęcia znalezisku, skontaktował się z policją, by zgłosić odkrycie.
Gdy pojemnik trafił do bezpiecznego obiektu, specjaliści przystąpili do ostrożnego otwierania jego zewnętrznej powłoki. Prace jednak nagle przerwano. W momencie, gdy jeden z techników usunął pierwszy metalowy panel, stojący obok policjant dostrzegł znak ostrzegawczy. Odkrycie to błyskawicznie zmieniło sytuację: funkcjonariusz odskoczył i nakazał wszystkim odłożenie narzędzi oraz natychmiastową ewakuację pomieszczenia.

Wokół obiektu rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę operację. Na ulicach zawyły syreny, na miejsce przybyli eksperci od materiałów niebezpiecznych, a pobliskie firmy zostały pilnie ewakuowane. Teren odgrodzono, aby osoby postronne nie zbliżały się do potencjalnie groźnego znaleziska.
Eksperci w strojach ochronnych zbadali pojemnik przy użyciu specjalistycznego sprzętu. Wyniki pomiarów potwierdziły najgorsze obawy: w pobliżu metalowego sześcianu wykryto podwyższony poziom promieniowania.
Wewnątrz znajdowało się źródło kobaltu-60 – substancji radioaktywnej, wykorzystywanej m.in. w urządzeniach do radioterapii. Niewłaściwe obchodzenie się z takim materiałem stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia. Przedmiot, który Sam wziął za potencjalny skarb, okazał się niebezpiecznym odpadem przemysłowym, który – jak się później okazało – przez nieznany czas spoczywał w pobliżu ogólnodostępnej ścieżki.
Jak jednak ten radioaktywny sprzęt trafił do kanału? Śledczy poznali odpowiedź, analizując numery seryjne oraz powiązaną z nimi dokumentację.

Ustalono, że sprawa sięga 2014 roku. Z akt śledztwa wynika, że pewna placówka medyczna zleciła zewnętrznej firmie transport wycofanego z użytku sprzętu do radioterapii do specjalistycznego zakładu zajmującego się jego bezpieczną utylizacją. Zamiast jednak wywiązać się ze swoich obowiązków, wykonawcy – jak wynika z ustaleń – próbowali obniżyć koszty, unikając kosztownego procesu utylizacji odpadów niebezpiecznych. Wrzucili radioaktywny element do kanału, a następnie sfałszowali dokumentację tak, by sugerowała ona, że sprzęt dotarł do miejsca przeznaczenia. Podrobiony pokwitowanie pozwoliło im zamknąć sprawę i ukryć fakt zaginięcia cennego, a zarazem niebezpiecznego ładunku.
Na szczęście badania lekarskie, którym poddano Sama oraz zaangażowanych w sprawę policjantów, nie wykazały objawów ostrej choroby popromiennej. Wstępne ustalenia wskazują, że obudowa ochronna ograniczyła narażenie na promieniowanie podczas krótkotrwałego kontaktu z pojemnikiem. Specjaliści ds. ochrony radiologicznej zabezpieczyli już niebezpieczne źródło i umieścili je w bezpiecznym miejscu, przeznaczonym do długotrwałego składowania.